Sekcja People w Rappler prowadzi kolumnę porad autorstwa pary – Jeremy'ego Baera i psycholog klinicznej dr Margarity Holmes.
Jeremy posiada tytuł magistra prawa Uniwersytetu Oksfordzkiego. Bankier z 37-letnim stażem, pracujący na trzech kontynentach, od 10 lat szkoli się z dr Holmes jako współwykładowca i, okazjonalnie, współterapeuta – szczególnie z klientami, których problemy finansowe wpływają na codzienne życie.
Wspólnie napisali dwie książki: Love Triangles: Understanding the Macho-Mistress Mentality i Imported Love: Filipino-Foreign Liaisons.
Droga dr Holmes i Drogi Panie Baer,
Byłam twardą dziennikarką w czasach stanu wojennego, gdy wysyłałyśmy kolumny faksem i bałyśmy się redaktorów, bo nie było AI do edytowania naszych tekstów. Zapewne domyślacie się więc, że nie daję się łatwo nabrać na oszustwa – zwłaszcza romantyczne, catfishing itp.
Poza tym zbliżam się do 70-tki, więc nie jestem już tak spragniona prawdziwej miłości… co sprawia, że czuję się jeszcze mniej podatna na manipulacje ze strony kogoś, kto chce jedynie moich pieniędzy. Nie mam tu żadnych obaw.
Ale z drugiej strony, w moim wieku czas i wysiłek są często cenniejsze niż pieniądze.
Poznałam go w Internecie. Po miesiącu korespondencji wyznał mi miłość, zaznaczył, że mnie nie zmusza, ale chce się ożenić i zamieszkać na Filipinach. Zbyt piękne, żeby było prawdziwe, prawda? Twierdzi, że jesteśmy internetowymi bratnymi duszami, które znalazły się online. Twierdzi też, że nigdy wcześniej tak nie czuł.
W przeszłości wiodłam pełne przygód i barwne życie. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie, którzy wydają się zbyt dobrzy, by być prawdziwymi, zazwyczaj tacy nie są.
Co mam zrobić z tym dyrektorem statku wycieczkowego, który mówi, że ma dość podróżowania po świecie, zna wiele Filipinek, uważa je za kochające i chce jedną z nich kochać na zawsze?
To kuszące. Ale czy jestem głupia, dając mu w ogóle szansę? Ma przybyć do Manili w sierpniu. Do tego czasu przejdzie na emeryturę i twierdzi, że jedyne, czego pragnie, to poślubić mnie i tu zamieszkać. Co o tym sądzicie? Czy powinnam powiedzieć tak?
– Marietta
Droga Marietto,
Biorąc pod uwagę Twoją historię, zdrowa dawka sceptycyzmu jest jak najbardziej zrozumiała.
Wydaje się jednak, że jesteś zdecydowana zachować należytą staranność i podejmujesz wszelkie możliwe środki ostrożności, by uniknąć zarówno niespodziewanego, jak i niedopuszczalnego.
Niemniej jednak przejście od zupełnych obcych do internetowych bratnich dusz i małżeństwa w ciągu zaledwie miesiąca rzeczywiście wydaje się zbyt piękne, by było prawdziwe. Nie oznacza to, że jest to niemożliwe – jedynie, że odpowiedni stopień ostrożności jest wskazany. Szansa na romans po siedemdziesiątce nie jest niespotykana i z pewnością nie powinna być odrzucana tylko dlatego, że szanse nie są sprzyjające.
W ostatecznym rozrachunku masz wiele do zyskania i niewiele do stracenia. Biorąc pod uwagę internetowe postępy w waszym związku, kolejnym krokiem jest spotkanie osobiście i sprawdzenie, czy wasza zgodność to coś więcej niż wirtualna iluzja. Ponieważ zdajesz sobie sprawę z niebezpieczeństw związanych z oszustwami itp., będziesz czujna na wszelkie przejawy nadmiernego zaufania – przynajmniej z Twojej strony – ale otwarta oczywiście na możliwość, że to naprawdę prawdziwy romans.
Kiedy przyjedzie w sierpniu, zastosuj swoje dziennikarskie szkolenie. Ufaj – ale sprawdzaj. Daj mu możliwość pokazania, że jest człowiekiem, za jakiego się podaje, ale obserwuj jego zachowanie okiem doświadczonego reportera. Jeśli jest autentyczny – tym lepiej. Jeśli nie, to i tak będzie cenne doświadczenie, a Ty będziesz mieć pocieszenie, że zawodowe przeszkolenie po raz kolejny dobrze Ci służy.
Z najlepszymi życzeniami,
JAFBaer
Droga Marietto,
Bardzo dziękuję za Twój list. Zgadzam się z Panem Baerem i wszystkim, co mówi – zwłaszcza że „masz wiele do zyskania i niewiele do stracenia", ponieważ jesteś osobą, która wyszkoliła się jako twarda dziennikarka, by zawsze zachowywać należytą staranność, nawet gdy sytuacja wydaje się tego nie wymagać.
Jest jednak kilka kwestii, na które chciałabym zwrócić uwagę, a które osoby niebędące cyfrowymi tubylcami mogą nie być świadome.
Cyfrowi tubylcy to osoby urodzone w epoce informacyjnej lub po niej, obejmującej tych urodzonych pod koniec XX wieku i w XXI wieku. Nazywani są „tubylcami", ponieważ dorastali otoczeni iPadami, smartfonami itp. i są z natury obeznani z technologią cyfrową.
Cyfrowi imigranci (CI), z drugiej strony, to my (i, moim zdaniem, każdy powyżej 35. roku życia). Ponieważ urodziliśmy się przed erą cyfrową i przyjęliśmy technologię później w życiu, przetwarzamy informacje inaczej.
Od końca lat 2010. „love bombing" jest używany do opisania wczesnego, przytłaczającego i (być może nawet manipulacyjnego) uczucia w związkach romantycznych, mającego na celu stworzenie poczucia zaufania i więzi. Obejmuje to wielkie gesty, hojne prezenty lub częste, kosztowne niespodzianki; stałą komunikację przez telefon, e-mail itp. (co często jest żądaniem ciągłej uwagi od osoby poddanej „love bombingowi").
My, CI, możemy wiedzieć, czym jest „love bombing" w działaniu, ale nie jesteśmy zbyt au fait, gdy „love bombing" odbywa się za pomocą słów, a nie prezentów.
Jako dziennikarka słowa byłyby Twoją największą siłą, ale mogą też być Twoją piętą Achillesa… a gdy ktoś posługuje się nimi tak sprawnie jak Ty, mahirap hindi mahulugan ng loob (trudno oprzeć się takiej osobie).
Do tej pory ten dyrektor statku wycieczkowego (nazwijmy go Michael) powiedział Ci:
Tak, tak, nakakahulog ng loob talaga, ale kiedy się nad tym zastanowisz, wszystko, co do tej pory Ci powiedział, mógłby powiedzieć każdy do kogokolwiek, i nikt nie byłby mądrzejszy.
My, CI, czasem zapominamy, że wysyłając e-maile lub wiadomości tekstowe, można wysłać te same szczere, pełne uczucia wiadomości, pozornie napisane tylko dla Ciebie, gdy w rzeczywistości mogą zostać wysłane do setek innych osób.
My, CI, zapominamy, że „za naszych czasów", gdy musieliśmy wysyłać odręcznie pisane listy i pisać odręcznie każdą notatkę przekazywaną kobiecie, taki list (a teraz e-mail) znaczyłby o wiele więcej. Ponieważ taki e-mail wymagałby znacznie więcej wysiłku i czasu, którego zwykle nie marnowałoby się na byle kogo… zwłaszcza gdyby słowa były bardziej „oryginalne" i nie tak ogólnikowe.
Nie mówię, że powinna Pani odprawić Michaela z kwitkiem, Marietto. Chodzi jedynie o to, że wszystko, co do tej pory powiedział, nie jest wystarczającym powodem, by mu uwierzyć. Kiedy w końcu powie Ci coś, co rozpoznasz jako zbyt niespecyficzne, by trafić do każdej kobiety, ale naprawdę pokaże, że widzi Cię taką, jaka jesteś, wtedy możesz zacząć naprawdę zwracać uwagę.
Jest jeszcze jeden „sygnał", który można wykorzystać do odróżnienia prawdziwych mężczyzn od romantycznych oszustów, ale ograniczenia przestrzenne każą nam poczekać na kolejną kolumnę, by o tym napisać… jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć, rzecz jasna.
Wszystkiego najlepszego dla Ciebie, miłośniczki słów
MG Holmes